Droga do sukcesu. O samodyscyplinie i determinacji

Sięgając pamięcią do 2016 roku, przypomniał mi się czas, gdy musiałam stanąć przed wyborem szkoły wyższej. Kierując się pasjami i obecnymi w tamtym okresie zainteresowaniami, padło na Wrocławską Akademię Wychowania Fizycznego. Nigdy nie trenowałam zawodowo ani nie specjalizowałam się w konkretnej dziedzinie, jednak wiedziałam, że sport to jest to, co kocham. Z uśmiechem wspominam pierwsze zajęcia i uczucie ekscytacji przed tym, czy podołam nowym wyzwaniom. Koniec końców nie było mi łatwo, musiałam nadążać za osobami, które trenowały przeróżne dyscypliny sportu od 3 roku życia. Śmiało mogę powiedzieć, że była to prawdziwa szkoła przetrwania. Mimo że nie pracuję dziś w zawodzie, to nie znaczy, że wymazałam ten czas z pamięci.

Kiedy odbywałam rozmowę rekrutacyjną z moim dzisiejszym Team Leaderem, zostałam zapytana o przykład sytuacji, w której wykazałam się wysoką motywacją – ponieważ mocno podkreślałam ten aspekt w CV. Opowiedziałam bez chwili zawahania o sportowych zmaganiach, które miały wpływ na wzmocnienie mojego charakteru i tego, w jaki sposób oddziałuje to na moje codzienne życie. Otóż na drugim roku studiów na horyzoncie pojawiły się wymagające zajęcia z lekkoatletyki. Jednym z egzaminów było zaliczenie biegu na 1500 metrów w określonym czasie 5 minut i 40 sekund. Za pierwszym podejściem prawie udało się go zdać, jednak pod koniec biegu byłam wyczerpana i zeszłam z bieżni. Kolejne próby również nie przyniosły sukcesu, pojawiała się już duża frustracja całą sytuacją.

Kończył się semestr, a ja nie zaliczyłam przedmiotu w terminie. I tak przez blisko rok chodziłam na konsultacje w poniedziałki, środy i piątki. Za każdym razem brakowało mi trzech sekund do progu czasowego. Te trzy sekundy decydowały o tym, czy będę mogła zostać dopuszczona do obrony pracy licencjackiej. Oprócz konsultacji trenowałam poza uczelnią, biegałam przez praktycznie cały tydzień. Doktor prowadzący przedmiot nie dawał za wygraną. Wtedy byłam na niego wściekła, a dzisiaj wiem, że chciał mi pokazać, że dam radę. Zdałam ten egzamin na ostatnim semestrze, nie opuszczając ani jednego dnia konsultacji. Kiedy moje adidasy przekroczyły metę o czasie, to prowadzący cieszył się bardziej niż ja. Co mi to dało? Nauczyłam się samodyscypliny, zyskałam upór i zaparcie, umiejętność przygotowywania „głowy” do osiągnięcia celu.

Pewnie zastanawiacie się teraz, jak to możliwe, skoro miałam tak fatalny początek, a wszelkie próby kończyły się fiaskiem. Chętnie opowiem Wam historię o mojej drodze, zmaganiach, trudnych momentach, więc nie przedłużając zapraszam do krótkiej lektury.

Moim pierwszym krokiem było skonsultowanie się z prowadzącym w sprawie obszarów do poprawy. Poprosiłam o wskazanie konkretów, bez owijania w bawełnę. To samo możecie zrobić w odniesieniu do pracy i zwyczajnie udać się do swojego przełożonego z prośbą o udzielenie feedbacku.

Świadomość braków jest dla nas niczym innym jak sygnałem do działania. Tak więc zaczęłam działać od planowania każdego dnia. Pewnie brzmi to jak banał, ale to po prostu działa. Studiowałam dziennie i dojeżdżałam do Wrocławia, więc mój harmonogram musiał być dopięty na ostatni guzik. Wypracowałam sobie nawyki treningowe, poniedziałek trening interwałowy, środa trening długodystansowy etc. i sztywno się tego trzymałam. W pewnym momencie zauważyłam, że weszło mi to w krew. Co było wtedy kluczowe? Choćby się waliło i paliło, a miasto oferowało najlepsze studenckie juwenalia, to przed oczami miałam tylko swój cel, który przekładałam ponad wyjścia ze znajomymi. Wyparłam wszystkie rzeczy, które mogły oddalać mnie od osiągnięcia sukcesu. Zwyczajnie trzeba być konsekwentnym wobec siebie, bo przecież nie wychodząc na trening, kogo chcemy oszukać? 😉 Oczywiście zdarzały się dni, gdzie nie wszystko szło zgodnie z planem, jednak nie martwiłam się tym, tylko po prostu robiłam swoje.

W drugiej kolejności zajęłam się dbaniem o higienę psychiczną, ponieważ to ona pomaga radzić sobie ze stresem, niepewnością i problemami, które będą występować po drodze. Swoje myśli kierowałam ku temu, że po prostu dam radę. Jeśli coś mi nie wychodziło, to starałam się szukać pozytywów, które układałam w głowie, jak najlepszy zestaw lego. Ponadto do planu wrzuciłam czas na przerwę i regenerację, żeby nie było wymówki, że jestem przetrenowana. Miałam też zeszyt, w którym zapisywałam postępy, a wieczorami analizowałam kolejne strategie. Następnie, gdy pojawił się pierwszy progres radość była nie do opisania. Natomiast, jeśli istniałby wehikuł czasu, to powiedziałabym sobie wtedy, żeby nie rozpraszać się z powodu małych sukcesów. Im dłużej osiadamy na laurach, tym trudniej nam potem wrócić do działania i ponownie znaleźć motywację.

I wreszcie, kiedy nadszedł ten kulminacyjny moment, byłam przygotowana i totalnie skupiona na zwycięstwie. Osiągnęłam cel, a nad samodyscypliną „na poważnie” pracowałam pełen rok i kiedy zdałam egzamin, nagle było mi mało. Zaczęłam brnąć w rozwijanie nawyków – pozostała u mnie niezmiennie aktywność fizyczna, doszła dieta, regularna nauka języka i praktyki relaksacyjne. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nic tak nie wspiera rozwoju i determinacji, jak stawianie sobie kolejnych wyzwań.

Podsumowując całą historię, jako „królik doświadczalny” bezapelacyjnie przyznaję, że nauka samodyscypliny przyniesie Wam wiele pozytywnych wartości m.in. umiejętność zarządzania czasem, pokonywania przeszkód, wzmocnienia charakteru, odporności na stres oraz panowania nad wszelkimi rozpraszaczami. Wiem, że czasem trudno się zmotywować do pierwszego kroku, ale gdy już zaczniecie, to rozpocznie się najważniejszy maraton, który doprowadzi Was do mety pełnej satysfakcji w życiu prywatnym, jak i zawodowym.

text written by:

Ewelina Partyka, People & Culture Specialist