Co teatr dał mi w życiu

Scena, blask kolorowych lamp, cudowna sceneria! Któż nie chciałby stać się obiektem podziwu i inspiracji! Odkąd pamiętam rozgraniczałam dwie sprawy – coaching i mentoring. Nie chcę się zagłębiać w opiniowane, co jest lepsze, ale osobiście wybieram mentoring. Dobrze prowadzony, może wznieść naprawdę wysoko.

To samo dotyczy się wyboru szkoleń czy zakupu książek. Zanim skupię swoją uwagę na konkretnej merytoryce, szukam opinii, recenzji, weryfikuję zawartą tam wiedzę. Myślę, że w sytuacji, gdy człowiek ma już za sobą magistra z jakiejś dziedziny, łatwiej wyszukiwać smaczki, które najbardziej mnie interesują i są mi potrzebne. Przyszedł taki moment, gdzie poczułam, że potrzebuję czegoś ponad treści pisane. Gdzieś chciałam się zmierzyć z tym co już wiem, a czego mi jeszcze brakuje. Niby prowadziłam w swojej karierze szkolenia dla menagerów, handlowców czy nawet pracowałam z osobami, które zgłosiły się z prośbą o przygotowanie do rozmów kwalifikacyjnych. Tak, takie symulacje sytuacji. Całkiem fajna sprawa, osobiście polecam 😉. Natomiast dalej, byłam na etapie dzielenia się tym, co już wiem i umiem kontra, co jeszcze mogę dla siebie zrobić.

Gdybyśmy chcieli wygooglować Internet, z całą pewnością znajdziemy sporo szkoleń dotyczących prezencji, występów publicznych, mowy ciała itd. Czyli wszystko, co jest nam potrzebne do stania na tej scenie, tylko czy wszystkie szkolenia są wartościowe? Mimo wszystko, to, co znajdowałam, nie do końca spełniało moje oczekiwania. Czułam, że nie do końca o coś takiego mi chodzi. Przecież merytorycznie znam zależności, kumam o co chodzi, nie potrzebuję tego wałkować, potrzebuję zbudować swoją świadomość i wdrożyć to w pełnoprawną praktykę. Tak oto, wysłałam zgłoszenie – dość nietypowo, ale jak ktoś już mnie zna, to go to nie zdziwi – na rekrutację do rocznego studium teatralnego… sztuk performatywnych.

A Part, bo tak nazywa się ten teatr, znałam już z nietypowej twórczości i zapamiętałam ze spektakli wyjątkową magię oraz niecodzienność. Jak zwykle, poczułam moc, wysłałam zgłoszenie i pojawiło się zwątpienie we własne możliwości. Otrzeźwił mnie telefon. Zadzwoniła do mnie Monika Wachowicz, która była opiekunką przyszłej grupy, a przy okazji jest świetną aktorką oraz pedagogiem i wykładowcą. Porozmawiałyśmy sobie szczerze o mojej kandydaturze, swoich obawach, oczekiwaniach. Przyznam, Jej delikatne, pełne szacunku i zrozumienia do moich lęków i obaw podejście, kupiło mnie. Zaufałam i poczułam pierwszy raz, że serio coś z tego może być. Tak, to Monika tutaj była naszym mentorem i to w pełnej tego słowa definicji.

Zaczęło się. Nasze szkolenie podzielone zostało na przysłowiowe dwa semestry – ćwiczenia i przygotowanie do pracy na scenie, dwa – praca nad spektaklem. Hah, no przecież nic trudnego, występowałam wielokrotnie na scenie czy przed publiką, wydawało mi się, że to żaden problem. Co mnie pokonało? Obnażenie prawdziwej strony, tej wrażliwej. Co jeszcze? Nagle okazało się, że gdy nie jestem w środowisku mi dobrze znanym, zaczynają mnie dopadać demony o imieniu – lęk przed oceną, źle wyglądam, to głupie, nie dam rady, o nie, wszyscy wyglądają lepiej niż ja. Wystarczyła zmiana jednego czynnika, czyli tej podstawy, jaką jest znane miejsce i ludzie, a mówiąc brutalnie, wykoleiłam się.

Praca nad spektaklem – to dopiero sztos! Wszystko, co było wpisane w scenariusz i scenerię stworzyliśmy… sami. Dostaliśmy ogólny zarys konceptu i tu dopiero się zaczęło. Każdy z nas dostał ogólne wytyczne danej sceny i postaci i miał ją zrobić jak czuje, godzina przygotowania i lecimy. Po co to było? Na tej podstawie stworzyliśmy niemal prawdziwe sytuacje, prawdziwe postacie, bo wszystko, co robiliśmy na tej scenie, wypływało z nas. Potem oczywiście zaczęła się dyskusja, kto co bardziej czuje itd. Natomiast, to, co jest najistotniejsze – wchodząc na scenę, my byliśmy swoimi postaciami. Dosłownie.

Kilka kolejnych weekendów, przedstawialiśmy swoje dzieło widzom. Gdyby ktoś był na tym spektaklu co tydzień, zaobserwowałby, że… nigdy nie wygląda to dosłownie tak samo. Im dłużej byliśmy w tym projekcie, nasze postacie ewoluowały, umacniały się, żyły, na scenie, ale dalej były prawdziwe 😉. Wychodząc poza mury teatru znów byłam Olą, ale wiem, że na scenie moja postać dalej oddychała.

W teatrze nauczyłam się wielu wartości, ale te, które zapamiętałam to słowa Moniki „Ty niczego nie grasz, Ty jesteś w zadaniu. Jeżeli Ty to poczujesz, inni też to zobaczą”. Przyznam szczerze, że doświadczyłam tam również wyjątkowego zjawiska. Gdy nie dbasz o to, co masz na sobie, jak wyglądasz, odrzucisz te chore porównania do innych, które tworzą się w głowie, jesteś w przestrzeni pozbawionej bodźców, dopiero wtedy czujesz tak naprawdę siebie. Słyszysz potrzeby swojego ciała, swojej głowy. Zaczynasz szanować i doceniać to, co masz. Oczywiście, przebicie muru zwanego kompleksami to była ciężka praca, ale dziś uważam, że tamten czas był jedną z lepszych rzeczy, jakie przeżyłam.

Czego mnie to jeszcze nauczyło? Niczego nie udawaj. Nasza podświadomość oraz nasze ciało jest naprawdę mądre, tylko musimy nauczyć się ich słuchać i z tego korzystać. To nie perfekcjonizm czyni z nas specjalistów, a świadomość, szacunek do emocji i prawdziwość. Czy uważam, że praca na scenie teatru to świetne przygotowanie do prowadzenia szkoleń, choćby z BHP czy RODO? Of kors! To też jest scena, tam również nasza prawdziwa, ekspercka twarz jest jak najbardziej pożądana. A w temacie co wypada lub nie, już się wypowiadałam i nie zmieniłam zdania😉.

text written by:

Aleksandra Lipowska-Rochalska, HR Director